Rośliny kochają inaczej / Wystawa zbiorowa

Obrazy szóstki polskich malarzy biorących udział w wystawie dzieli, na pierwszy rzut oka, wszystko. Co prawda, na każdym płótnie pojawiają się albo liście albo struktury przypominające komórki oglądane pod mikroskopem, ale forma i użyte środki to za każdym razem – dosłownie – inna działka. Tomasz Kopcewicz bierze na warsztat egzotyczne liście i buduje z nich uporządkowane układy. Z abstrakcyjnym ujęciem mierzy się także Artur Przebindowski sprowadzając drzewa do przejrzystych, malowanych dyskretnymi barwami, znaków. Skojarzenie z próbami Pieta Mondriana jest nieuniknione w tym przypadku, lecz Przebindowski działa mniej rygorystycznie. Pozwala on powierzchni obrazów żyć własnym życiem, przez co miejscami kolory blakną, by po chwili ukazać się wyraziście. Na granicy abstrakcji i realizmu sytuują się niepokojące obrazy Łukasza Patelczyka. Wierny widok kwitnących krzewów zostaje w nich przesłonięty obcymi, płaskimi formami, które paradoksalnie dopełniają kompozycji. Realizm w wersji hiper wykwita z kolei na dusznych płótnach Natalii Rybki, jednakże i tu próżno szukać prostego zachwytu nad przyrodą. Chłodny koloryt obrazów i zimne światło, jakim błyszczą liście, przywołują na myśl raczej nocne wyprawy lub perfekcyjnie wykonane sztuczne rośliny, a podziw dla maestii twórcy przenika się z rozczarowaniem imitacją. Uważna obserwacja najmniejszych organizmów posłużyła za punkt wyjścia malarstwu Ewy Goral, by eksplodować na płótnie z iście barokową przesadą, wylewając się wręcz na widza. Swoboda, z jaką Goral komponuje obrazy z wyselekcjonowanych stworzeń i roślin, zbliża te kpiące, oniryczne wizje do dokonań surrealistów. Ostatni z szóstki, Marek Rachwalik, wychodzi od podobnych do Goral inspiracj i, podobnie jak w jej przypadku, pozostaje w orbicie surrealistów, choć w psychodelicznym wydaniu. Świat widziany pod mikroskopem stanowi jaskrawą kanwę, na której wykwitają takie cuda, jak cyberkrab, stół do pingponga sadzący warzywa oraz loga kapeli metalowych pochodzących ze wsi. W najnowszych obrazach Rachwalik skłania się ku malowaniu okazów fauny typowych dla polskiej prowincji, czyli skleconych z opon ptactwa i ryb.
Mimo tak ogromnej rozbieżności rozumienia hasła "natura", kilka kontrastowych zestawień formalnych przewija się przez wybrane obrazy. Uproszczenia, selekcja i przestrzeń mierzą się z nagromadzeniem detali w ciasnych kompozycjach, które na wzór dzikiego ogrodu zdają się porastać płótna gęstwiną witek. Poszukiwanie kwintesencji natury czy próba sprowadzenia jej do czytelnego symbolu staje naprzeciw perfekcyjnie przedstawionego detalu i niezgody na generalizację. O dziwo, z tak dalece różnych obrazów emanuje jedna, wspólna intuicja. Jest nią nieprzystępność i tajemniczość natury. Zasieki w obrazach Kopcewicza, nieprzekraczalne bariery liści Rybki czy gobelinowe tarcze pierwotniaków Goral, niedostępne symbole Przebindowskiego czy oddzielone murem abstrakcji krzewy Patelczyka – nigdzie widz nie ma wstępu. Paradoksalnie jedynie przydomowy ogródek Rachwalika z disco-polo w tle, gdzie kwiatki rosną w doniczkach opon, a zapach kiełbasy z grilla roztacza swą poczciwą woń, serdecznie zaprasza do odwiedzin. Skoro dzikość i swoboda natury stanowią główny powód, dlaczego jest ona ciągle tak inspirującą materią dla artystów, to myślę, że warto pójść za ich przykładem i nie zmieniać jej na siłę. I tak jest potężniejsza od nas, ludzi, którzy przecież nieustająco potrzebujemy jej kochającej, na jej właściwy sposób, obecności.
Jolanta Bobala - historyk sztuki